Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą. Flp 2,13
:: Znaczenia Imion: :: Sebastian - Pochodzi od greckiego słowa sebastos - "dostojny, godny szacunku, święty". Sebastian w życiu kieruje się raczej wzniosłymi ideałami niż przyziemnymi kalkulacjami. Widoczny udział żywiołu ognia w tym imieniu sprawia, że Sebastianowie należą do tego rodzaju idealistów, którzy nie poprzestają na snuciu marzeń i planów, lecz swoje zamiary muszą wprowadzać w czyn. Zdarza się, że powołanie odnajdują w polityce, w działalności społecznej albo w religii, ale mogą również zajmować się wcielaniem w życie wynalazków, programów naukowych - czy też (na przykład) walczyć o to, by dzieci regularnie myły zęby. Często w poglądach Sebastiana istnieje pewien "gorący punkt", pewna szczególnie dlań ważna zasada, o którą gotów jest się kłócić i od której za nic nie odstąpi. Sebastianowie lubią życie społeczne, lubią się udzielać w ramach instytucji i organizacji i zwykle wyróżniają się na tle kolegów zaangażowaniem, pasją i bezinteresownością.
Całe nieszczęście tego świata polega na tym, że ci, co się modlą nie myślą a ci, co myślą nie modlą się... . Bruce Marshall
::Zaszpanuj wierszykiem ;) ::
Dziś święto, nie spałem, wyleciałem rano w słońcu w skosy. Pustka,
jeszcze zapylona wycieczka do Warszawy czy z Warszawy się zabrali czy
mieli, stali na rogu placu i Jasnej w garniturach, tak myślałem, co oglądać,
bo leciałem, podjechałem tramwajem, samo świeże wszystko, to chciało
się we wszystko wejść, zajrzeć choćby, sił nie ma dużo, toteż popęd
popłochu humoru, z niedzieli ani jeszcze nie narosło.
Nawet wydzwonionej w aptece magister - dyżurnej - przeze mnie -
zaspanej na
- czy można prosić o...
- proszę bardzo - cofnęła się w głąb z pogody do niedospań, a może jej
nie rozerwałem, a to ta czarna zawsze godna, z tych samych magistr co
się Ludwik zdziwił na Młynarskiej - skąd ta rasa (w aptece)
Dalej święto, leżę. Puka. Niejeden - przyprowadziłem - mówi, tego znam,
zza niego mały czarny się uśmiecha, z boku trzecia, bo kobieta. Wpadam
w popłoch. To jest Francuz. To Amerykanka, z polskim co prawda, ale jego
interesuje tylko awangarda, a ja po niespaniu i rozgrzebane gary, łóżko
wszystko, łapię kapę. Wpuszczam. Kładę się. Francuz mnie nie zna z
czytania, ale chce mnie poznać. Ona studentka.Ten pierwszy - student na
emeryturze, tutejszy. Tłumaczy, że chodzi o tłumaczenie, o to poznanie,
rozmowę. Francuz pisze, poeta, dramaturg, ma pismo, chce jechać do
Tokio. Chce jeździć. Chce poznawać tylko awangardę, ale całą i wszędzie.
Wystawia. Chce wystawiać. U Szeffera. Na cyrkową cybernetykę. W kolory.
W rzuty. Z filmem. Ze scenami na szklanych taflach, z muzyką, z rurą w
środku, do przechodzenia, bohater na każdym blacie, na dodatek na
ekranie, na dodatek na ekranach na blatach, teksty en bloc, zapis został
w Paryżu, zerwać ze sceną w carrè. Pytam:
- ta muzyka?
- elektronowa!
- śpiewają?
- ną ną!
Dowołał sąsiada, z językami, do tych wymian i porozumień, z dołu, sąsiad
mówi:
- on mówi, że teatr en carrè nie ma przyszłości.
Pytam o tę sztukę, wcale mi nie zależy:
- to co on tam na tych blatach?
- on mówi - mówią tłumacze - że na jednej tafli leży bohater. W łóżku z
kobietą.
- aha - mówię.
Tak mówimy. Wymieniamy. W pięć osób. W trzech językach. Student,
tutejszy (szary), śpieszy się na stołówkę. Na trzecią. Amerykanka z nim.
- przyzwyczaiła się pani do polskich stołówek - on jej - straszne, co?
- och tak, och, najpierw było okropnie, teraz dobrze.
Sąsiad się śpieszy. Cóż napisać. Na Biennale. Francuz ma chęć zostać. Ale
ja: że ten język. Nie używam! Francuskiego. Wyszli.
Chodzę do dentystki. Bez czekań. Prosto na fotel. Jak za najlepszych
czasów. (Za darmo.) Na wiercenie w zębie mam radę, mówię sobie:
- Ona mi załatwia moją ważną sprawę. każda plomba mnie dźwiga. Bo
nieraz się człowiek spojrzy w lustro, włosów za mało, gęba - no tak, to już
ten upadek, koniec. Nieraz to idzie od nowej przepalanki w pierzynie, lecą
nowe włosy, te cienieją, strach, co będzie, i to zimno (mi wciąż gorzej) i te
rozpierzania
Byli ci. Żozef i jego. Ta. Tłumaczka. Co go rozumie. Z Paryża. Też.
Dziennikarka. Czarna. Duża. Głowa w koki (tapiry). On jej sięga do szyi.
Ona mnie pytała, pytała, Za niego. On się dopatrywał. Mówiłem o tyle, o
ile. Chociaż - prawdę. Ale ona znów stawiała, przepraszała, że stawia te
pytania. On miał czytać. Miał mój tomik. Miał czytać sobie. Czyli ona.
Wyjął mój tomik. Kupił. Do dedykacji. Zabieram się słuchać. Adres
tłumaczki, tłumacza? (Podpisałem.) Zgubiłem. Popijam. Mleko z butli. Pan
Żozef chce wody. Daję. Szklanka była. Pani tej.
- ona tłumaczy.
- prozę? poezję?
- poezję, tylko.
Nagle chce odłamać sobie drugi obcas, pierwszy ma już w ręku, jak laufra
na sztyfcie.
- młotek? dobry? (bo niedobry, urwany)
- tak, tak.
Daję. Żozef odbił. Ona chodzi jakby nigdy nic. On wiersze komuś dał pour
lire i ich nie ma. Ma przysłać. Ten dramat. Znów umawianie. Wychodzą.
Patrzę. Oknem. Okrążają plac. Okrążają plac. Okrążają. Rączka w rączkę.
W ambasadzie włoskiej dziś wielki bal - raz do roku. Krążą, krążą. Myślę
sobie: tam? - Tam. Tak się spieszyli. Ale czego się peszyli na skwerze? I
bym zapomniał. Jeszcze tego. Jej. Pytania:
- i pana nie przeraża to środowisko?
- jakie?
- tu
--